środa, 30 października 2013

Cudowne ozdrowienie

Ostatnio miałam ciężki okres. Nic mi się nie chciało. Permanentny dół. Nie chciało mi się wstawać z łóżka, gotować, przewijać, podawać lekarstw,  nacierać, smarować, ćwiczyć, nosić, bawić, sprzątać, prać, spać i znowu: wstawać z łóżka gotować, przewijać, podawać lekarstw, smarować, nacierać... Dobrze że moja mama była w domu. Na nic nie miałam siły. A ciągle muszę...

Umówiłam się na spotkanie z panią Grażynką. Resztką sił wgramoliłam się na rower. Pojechałam do miasta. Poznałam kobietę niezłomną, która walczy o swoje dziecko jak nikt. Piotrek ma 20 lat. 3 lata temu miał koszmarny wypadek. Lekarze nie dawali mu szans: "porażenie czterokończynowe, będzie żyj jak roslinka...". Piotrek ma za sobą 7 operacji na mózgu ( nie mówiąc o tym że kawałka mózgu nie ma w ogóle). I wiecie co? Piotrek chodzi, Piotrek mówi, Piotrek się uczy i chce zdawac maturę! A wszystko dzięki cudownym rodzicom, którzy nie dawali wiary w to co mówią lekarze. I pani Grażynka właśnie tak robiła: wstawała, gotowała, przewijała, smarowała, nacierała, ćwiczyła, bawiła, nosiła i przytulała, przytulała, przytulała... jeździła z synem po całej Polsce szukając najlepszych specjalistów. Brała najlepszych rehabilitantów, psychoterapeutów, neurologopedów, nie dawała dziecku taryfy ulgowej i zdarzył się cud ( a nawet nie jeden). Bo pani Grażynka wierzy w cuda.

Wymieniłyśmy się doświadczeniami, telefonami, wyściskałyśmy się. Pojechałam... I cudownie ozdrowiałam. Wiem, że muszę walczyć o małą choć czasem już siły brak. Otrzymałam wiele przydatnych informacji i ogromne wsparcie psychiczne. I zrozumiałam, że aby jej pomóc muszę pomóc sobie.

Przeprosiłam się z szyciem ( bo kiedyś szyłam www.dzieciecypokoik.com) Uszyłam torbę-wór (uwielbiam takie torby!). Poszłam na zajęcia taneczne (www.facebook.com/hurtownia.ruchu). Pierwszy raz od stycznia chyba! Iwona tak mną wyobracała, że aż mnie zemdliło, ale od razu poczułam się cudownie! Co to tam się wydziela za hormon jak się tańczy??? Nie pamiętam, ale mi się wydzieliło :)

niedziela, 29 września 2013

Czasem słońce, czasem deszcz...

W piątek z płaczem wylądowaliśmy w szpitalu. Wyniki były bardzo słabe, do tego przyplątał się katar. Czekała na nas piękna, sterylna izolatka na oddziale I w Prokocimiu...
Jechałam tam ze swoimi smutkami i niepewnością, zdana na los. Ale czym jest mój smutek wobec tragedii, którą przeżywają rodzice małej Ani? Kto jest w stanie pojąć i zrozumieć to cierpienie, ten ból i strach? Jedynie mama Mateusza, Karolinki, Jadzi... Ich już nie ma, a mała Ania? Dwa lata leczenia, dwa lata!
Mówicie że jestem dzielna, ale ja tego nie ogarniam, nie pojmuję...
Gdy patrzyłam na śpiącą Anię, łzy leciały mi jak grochy. Ania już nie je, dostaje środki przeciwbólowe.  Czułam się głupio... "Renia, nie wiem co powiedzieć..." - "Sylwia, co można powiedzieć? nic... Ona już się za dużo wycierpiała..."
Ile trzeba mieć siły i godności, żeby TAK przygotować się na śmierć własnego dziecka? Skąd tą siłę czerpać?


W sobotę pani doktor stwierdziła, że jak się "przetoczymy" to możemy iść do domu... No to się "przetoczyliśmy" i pojechaliśmy... A właściwie Rafał pojechał z dziewczynami, a mnie wysadził na Szklanych Domach w Nowej Hucie. W tym dniu w kościele Matki Bożej Częstochowskiej   odbywały się spotkania modlitewne i konferencje "Strumienie Miłosierdzia". Ja zdążyłam na mszę i modlitwy o uzdrowienie.
Gdy weszłam do kościoła, od razu poczułam ciepło i wewnętrzny spokój. Chciałam pojechać tam i zasypać Boga swoimi  prośbami, smutkami, żalem: "Boże uzdrów Anię, pomóż jej rodzicom, uzdrów Jagodę, daj nam siły, powiedz co mamy dalej robić?"
Ojciec Paweł uwolnił mnie od mojej roszczeniowej postawy: "Nie składajcie Bogu listy życzeń. Ofiarujcie Mu siebie...". Ofiarowałam i ofiaruję codziennie.  Odzyskałam spokój... Dziękuję.

niedziela, 31 marca 2013

jak żyć?

Jak żyć gdy nagle okazuje się, że Twój świat przewrócił się do góry nogami?
Jak żyć gdy patrzysz na zdjęcia i filmy sprzed miesiąca i nie wiesz czy to co się wydarzyło dzieje się na prawdę.
Postanowiłam pisać bloga o naszych zmaganiach z chorobą nowotworową i niepełnosprawnością Jagódki. O jej walce, sile, smuteczkach i staraniach w powrocie do zdrowia. O naszym życiu nienormalnym, które staramy się unormalnić...

Wieczorne wygłupy i tańce w naszym domu nie należały do rzadkości...
Gdy robiliśmy te zdjęcia, nad naszymi głowami zbierały się już czarne chmury. Przeszło mi przez myśl, że może tak tańczymy ostatni raz...













Założyłam tego bloga w marcu. Jednak stwierdziłam, że nie będę go pisać bo będzie w nim za dużo złości i żalu do ludzi i świata, w którym nagle przyszło nam żyć. Teraz jest wrzesień a ja jestem innym człowiekiem...